środa, 25 września 2013

Cześć, jestem Ira i właśnie robię z siebie idiotę

No dobra, Ira, w końcu założyłaś tego bloga, by coś pisać, prawda? Publikować, pisać, zastanawiać się, pisać, ogarniać, pisać... pisać. Czyż nie? Więc zabierz się do pisania.
Ale nie mogę!
Dlaczego? Jesteś typem anty-samorozwijającym się, a pracowita osoba z Ciebie żadna. Potrzebujesz motywacji, a w Twoim przypadku nie przyjdzie sama. Przynajmniej zobaczysz, jaki z Ciebie antytalent, także pod względem pisaniny.
W sumie... a jeśli się ośmieszę?
Wierz mi, że aż tak źle nie jest. Co z resztą widać. W każdym razie, fabularnie możesz leżeć, ale opd względem reszty jesteś prawdopodobnie bez zarzutu.
Serio?
Serio. Więc, z łaski swojej, ogarnij się i zacznij pisać.
Dobra. Dzięki, moja lepsza strono.
Nie ma za co. W końcu jestem Tobą, co nie?
Też racja.

Taki wstęp, by wyjaśnić, dlaczego założyłam tego bloga. Po pierwsze, z powodów, jakie zostały wymienione wyżej, ale też dlatego, by nabrać do siebie dystansu i przy okazji dostać opinie od osób, które są lepsze i o wiele bardziej doświadczone ode mnie. Zwykle nie publikuję swoich prac, a raczej podaję je w zupełnie innej formie, a chciałabym się doskonalić nie tylko w jednym kierunku.
Poza tym, co mi szkodzi? No właśnie.

Na początek małe ćwiczenie.

- Małe ćwiczenie... pisania - powtórzyłam powoli, patrząc się w ekran monitora bezmyślnym wzrokiem. Przez chwilę siedziałam nieruchomo, by w końcu trzasnąć otwartą dłonią o blat biurka. Nosz kurde! Ira! Ogarnij się i zacznij coś pisać! Fajnego! Zdumiewającego! Rozkładającego na te przysłowiowe łopatki!
Nie muszę dodawać, że na nic się to zdało, a moja głowa nadal była pusta. Był to jeden z defektów mojego zmysłu artystycznego: o ile w sytuacjach, gdy z kimś pisałam, wszystko szło szybko i zgrabnie, to teraz, gdy trzeba było wymyślić coś samemu, nie było nic. Dla niektórych skrobnięcie dłuższego opowiadania było pestką, tymczasem dla mnie, pisarczyny od siedmiu boleści, zadanie takie było po prostu trudne.
Gapienie się w monitor także nie przynosiło efektów. O ile śmianie się z durnych obrazków na kwejku (na którym notabene byłam tylko kilka razy w moim internetowym życiu, ale to szczegół) czasami dawało natchnienie, to widok białej (lub pikselowej, jak kto woli) kartki papieru przynosiło niekiedy silny niepokój, a czasem i strach typu nie-wiem-kompletnie-co-napisać. Fajnie.

*patrzy z zadowoleniem na pierwszy post na blogu, po czym z satysfakcją klika w ikonę "Opublikuj"*




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz